| |
Urodziłem się w Zielonej Górze. Wychowałem się w rodzinie o tradycjach katolickich, jednakże o Bogu w moim domu mówiło sę niezwykle rzadko (np. przy okazj świąt). Gdy miałem około 12 lat pojawiły się w mojej głowy pytania dotyczące życia po śmierci... Zastanawiałem się co ze mną wtedy będzie i jeśli okażę się, że to nie religia chrześcijańska jest „prawdziwa” a np. buddyzm, to co może mnie wtedy spotkać? Czy doznam zbawienia? Zacząłem czytać. O buddyzmie, hinduizmie i reinkarnacji, podróżach astralnych i hipnozie... Widziałem wiele ciekawych informacji w tych wszystkich barwnych wierzeniach. Z każdą kolejną książką wchodziłem coraz głębiej w tą całą wiedzę, chłonąłem ją jak gąbka. Na szczęście praktyki opisane w tych wszystkich publikacjach wymagały od „adepta” wielu ćwiczeń i medytacji na które zabrakło mi chęci i motywacji... Pomimo tego nadal szukałem... Tak mijały lata... New Age pokazywało mi różne kulty i sposoby praktyki w których nie wymagano ode mnie tak wielu ćwiczeń... Jednakże nie znalazłem w nich tego czego poszukiwałem... Z racji moich nietypowych zaintereowań nie miałem zbyt wielu kolegów i niejako izolowałem się od rówieśników. Nie lubiłem szkoły i coraz rzadziej w niej bywałem, poznałem wtedy kilku chłopaków którzy tak jak ja „buntowali się” i wraz z nimi sięgnąłem po alkohol i papierosy... Około 15 – 16 roku życia, „duchowa pustka” w moim życiu znów dała o sobie znać i na nowo zacząłem poszukiwać „prawdziwej duchowości”. Zacząłem zgłębiać wiedzę okultystyczną, a także odprawiać rytuały w celu zapewnienia sobie przychylności sił nadprzyrodzonych ... Widziałem w tym drogę dla siebie... Pewnego dnia zdecydowałem, że nie będę odwoływał si e do pomniejszych sił i zostanę wyznawcą kultu o wiele bardziej „radykalnego” i niezwykle „skutecznego” w swym działaniu... Tak wszedłem na drogę satanizmu... Otworzyły sie wtedy przede mną wspaniałe perspektywy i czułem, że do tego właśnie zostałem stworzony i to jest moja „droga życia”. Na tej właśnie drodze spotykałem różnych młodych ludzi, którzy tak jak ja poszukiwali „tego czegoś”... Odpowiadałem na ich pytania i zachęcałem do dołączenia do praktyk... Tak utworzyła się „wokół mnie” grupa, której przewodziłem... Poznawałem nowych ludzi, którzy także do mnie dołączali i tak moja („nasza”) praktyka rosła w siłę... Coraz częściej spotykaliśmy się by odprawiać rytuały, ale oprócz tego spożywaliśmy duże ilości alkoholu i stosowaliśmy różnego rodzaju środki odurzające, aby „wejść głębiej” w duchową rzeczywistość... Okazało się, że więcej ćpamy niż praktykujemy i nasza „satanistyczna działalność” bardzo osłabła... Założyliśmy wtedy zespół muzyczny [o nazwie: „0,5 L” (czyt. „pół litra”)], grający muzykę punk i nasze dni upływały od kątem wspólnego grania i upijania się... Zespól rozpadł się około rok po założeniu... Spotykałem się wtedy z dziewczyną, która była członkiem Wspólnoty Odnowy w Duchu Świętym w kościele rzymsko-katolickim i pewnego dnia zaprosiła mnie na spotkanie tej wspólnoty. Kiedy wszedłem do kościoła zobaczyłem ludzi którzy tańczą i śpiewają, a także mówią w jakiś dziwnych obcych językach, co badzo mnie zaskoczyło. Usiadłem w ostatnim rzędzie i nie kryłem swej dezaprobaty do tego typu „naiwnych” praktyk odwołujących sie do Jezusa, który przecież niewiele może zrobić, gdyż tak naprawdę nieistnieje J . Wtedy prowadzący te spotkanie ksiądz powiedział, że: „... jest wśród nas osoba zagmatwana w okultyzm i magię... Jezus Cię kocha...” Byłem zaskoczony, gdyż w miejscu w którym siedziałem nie mógł mnie widzieć... Uklęknąłem wtedy i powiedziałem: „Boże jeśli jesteś to zmień moje życie”. I rzeczywiście coś zaczęło sie zmieniać... Następne dwa lata mojego życia mijały pod kątem pielgrzymek, czuwań i spotkań modlitewnych... Jednak przez cały ten czas nie zaprzestałem stosowania alkoholu i marihuany, a także trwałem w grzesznym związku z dziewczyną... Od czasu do czasu wracałem również do moich szatańskich praktyk... Odszedłem z tej wspólnoty w bardzo złej atmosferze... Postanowiłem wtedy, że zniszczę ją i cały ten kościół... Wróciłem do praktyk... jakby ze „zdwojona siłą”... Dość szybko utworzyła sie wokól mnie grupa ludzi (składająca się głównie ze starych członków) i zaczęliśmy działalność... Głosiliśmy wyzwolenie, mówiąc, iż „nie ma piekła gdzie smażą się przeklęci” i „nie ma boga prócz człowieka”... Uważliśmy, że mamy niesamowitą misję daną nam od szatana i powinniśmy zarejestrować satanizm (w złagodzonej formie) jako normalną religię... Tak powstało „Zgromadzenie Lavellan”... Przyjąłem znamię na rękę (w postaci tatuażu), które miało symbolizować moją „kapłańską ścieżkę” i szczerze wierzyłem w swoją „misję”... W międzyczasie odbyłem służbę wojskową... Byłem wtedy uzależniony od amfetaminy, a pobyt w jednostce wojskowej powstrzymał mnie trochę od stosowania tego środka... Miałem dzięki temu mnóstwo czasu na planowanie i realizowanie moich „duchowych celów”... Po wyjściu z wojska mój zapał osłabł... Moja praktyka ograniczyła się do rytuałów jedynie w najważniejsze dla mnie „święta”. W jedno z tych „świąt” oficjalnie rozwiązałem Zgromadzenie... Na codzień żyłem w wyimaginowanej rzeczywistości... Tworzyłem kłamstwa w które po jakimś czasie zaczynałem wierzyć... Oszukiwałem ludzi i żyłem z dnia na dzień... Moje cele ograniczały sie do zorganizowania pieniędzy na alkohol, bym mógł znów wśrod tak samo jak ja zagubionych ludzi, snuć me „niestworzone historie”... Przyszedł jednak moment opamiętania... Podjąłem pracę i „uspokoiłem się”... Żyłem z dnia na dzień... Niemal każdy wolny od pracy dzeń spędzałem na upijaniu się... Nie szukałem duchowości... Przestała mnie interesować... Ze względu na to, iż nie ukończyłem w całości żadnej szkoły średniej, rozpocząłem naukę w Prywatnym Liceum dla Dorosłych... Wszystko zaczęło się porządkować w moim życiu... Było „normalnie”... Przyszedł jednak dzień w którym pustka w moim sercu dała o sobie znać... Powiedziałem wtedy: „Boże jak Ty jesteś i nadal mnie chcesz, to daj mi jakiś znak...”. Dość szybko zapomniałem o tej „chwili słabości”, jednak duchowy głód odrodził się wtedy we mnie na nowo... Zacząłem czytać Koran, jednak język tej księgi wogóle do mnie nie przemawiał... Postanowiłem nawet, że może urządzę jakiś pogański obrzęd w zbliżającą się noc sylwestrową, by jakoś zapełnić tą „duchową potrzebę” w moim wnętrzu... I wtedy, podczas jednej z przerw w szkole, podeszła do mnie koleżanka z klasy... Znałem ję dobrze z dawnych czasów i nie bardzo za nią przepadałem,gdyż kiedyś postąpiłem wobec niej w bardzo zły i nieuczciwy sposób. Wiedziałem, że dołączyła do Kościoła Zielonoświątkowego w Zielonej Górze i rzekomo dzięki Bogu wyszła z uzależnienia od narkotyków. Powiedziała do mnie, że: „Bóg mnie kocha” i zapytała, czy chciałbym przyjść na nabożeństwo... Odpowiedziałem jej, że muszę to przemyśleć, choć gdzieś w głebi siebie wiedziałem, że się zgodzę... Na następnych zajęciach (około 3 tyg. później) zadeklarowałem, że pójdę z nią na to nabożeństwo... Umówiliśmy się na jakieś 2 - 3 tygodnie później... W dniu w którym miałem iść z nią do tego Kościoła, obudziłem sie z ogromnym bólem oka, który spowodowany był jakimś „ciałem obcym” pod moja powieką... Nie chciałem jednak stracić tego nabożeństwa na które tak długo czekałem... Postanowiłem, że jakoś wytrzymam i zaraz po nim udam sie do szpitala... Koleżanka czekała na mnie w umówionym miejscu i powiedziała, że pójdzemy na nabożeństwo do innej niż jej „rodzima” wspólnoty, gdyż tam jest ktoś z kim bedę mogł porozmawiać na nurtujące mnie tematy... Spotaknie odbywało się w Ognisku Artystycznym w Zielonej Górze... Po wejściu zauważyłem, że atmosfera i forma nabożeństwa jest bardzo podobna do tej , którą widziałem kilka lat wcześniej we Wspólnocie Odnowy w Duchu Świętym... Po nabożeństwie podszedł do mnie Pastor i zapytał: „... czy chcę oddać swoje życie Jezusowi?”, chciałem jakoś odwlec tak trudną decyzję w czasie, próbując wymigać się mówiąc o stanizmie itp., a tak naprawdę bardzo sie tego bałem... Wtedy przysłuchujący sie naszej rozmowie mężczyzna, podszedł do mnie i powiedział, że może to jest ostatnia szansa dana mi od Boga, aby się z Nim pojednać i ,że może jutro już mnie tu nie będzie i nigdy więcej nie będę miał takiej okazji... Wtedy zdecydowałem. Zaufałem Jezusowi, oddałem Mu swoje życie... Prosiłem, aby je zmienił... Po nabożeństwie okazało sie, że wizyta w szpitalu z powodu oka nie była potrzebna... Po prostu przestało mnie boleć Od tamtej chwili nic już nie było „jak dawniej”... Zacząłem uczęszczać do tego Kościoła i pozwoliłem, aby Bóg zmieniał mnie i moją codzienność... I to powoli sie działo... Bóg uwolnił mnie od nałogu palenia papierosów, przestałem też pić alkohol... Relacje z moimi rodzicami uległy poprawie i zmieniło się moje podejście do życia – przestałem postrzegać je jako karę i zacząłem się nim cieszyć... Jezus pokazywał mi dziedziny mojego życia, które potrzebowały uzdrowienia i przemieniał je... Tak minęło kilka miesiecy... Chciałem, aby Bóg pokazał mi co mam dalej robić? Iśc do szkoły biblijnej? Wyjechać na misję? A może chce abym założył rodzinę? Powiedziałem wtedy: „Panie! Jeśli chcesz, abym pojechał przemycać Biblię do Chin J, to pojadę! A jeśli chcesz bym miał żonę i założył rodzinę, to daj mi żonę”! Szczerze mówiąc bardziej spodziewałem się tego, iż będę musiał poszukać sobie jakiegos kursu języka chińskiego , niż tego, że Bóg ma dla mnie tak szalone pomysły jak małżeństwo... Wtedy poznałem Paulinę... Zakochałem sie od razu... Spotykaliśmy sie co kilka dni, gdyz ona mieszkała wtedy w Żarach i przyjeżdżała do siostry, która również jest członkiem Koscioła Bożego w Chrystusie... Czułem w swoim sercu, że to jest właśnie moja przyszła żona... Bardzo szybko podjęliśmy decyzję o małżeństwie; Paulina przeprowadziła sie do swej siostry (do Zielonej Góry) i podjęła tutaj pracę... Żyliśmy w „amoku”, ciesząc się wzajemnie sobą ... niestety dość szybko pojawił się w naszym życiu grzech... Złamałem wtedy też moją abstynencję,a także przestałem wielbić Pana... Miałem Paulinę... Kiedy podzieliłem sie moimi planami małżeńskimi z Pastorem, ten zalecił, abyśmy szukali w tej sprawie Bożego prowadzenia i nie podejmowali pochopnie tak ważnych przecież decyzji... To wcale mi sie nie podobało... Moje zaślepione przez grzech serce przestało widzieć Boży plan dla mojego (naszego) życia... Zbuntowałem się... Przestałem chodzić do Kościoła... Postanowiłem, że poszukam sobie innej wspólnoty... Nie rezygnuję z Boga, ale tylko z tej wspólnoty... Nikt mi przecież nie będzie „dyktował” czego mam w życiu szukać i co mam robić... Sam przecież wiem najlepiej... Niestety od Boga też odszedłem... Wzięliśmy ślub cywilny... Niedługo potem Paulina zaszła w ciążę... Bardzo się z tego powodu cieszyliśmy... Zaczęliśmy też „naprawiać” naszą relację z Bogiem i postanowliśmy poszukać sobie Kościoła... Byliśmy na kilku nabożeństwach w innych wspólnotach w naszym mieście i wszędzie był Bóg i fajna atmosfera, ale żadna z nich nie była „naszym miejscem”... Kiedy już zdecydowaliśmy się pozostać w jednej z tych wspólnot wydarzyła sie w naszym życiu pewna historia... W 12 tygodniu ciąży Paulina zaczęła krwawić, natychmiast udaliśmy sie do lekarza... Kiedy podczas badania siedziałem w poczekalni, zapytałem Boga: „Co jest grane? Co się stało?”. Wtedy wyjąłem kieszonkowy egzemplarz Nowego Testamentu i otworzyłem go na 16 rozdziale ewangelii Jana: „(...) Wy płakać i narzekać będziecie, a świat się będzie weselił ( ...) – Jak to płakać? Pytałem Boga: „Dlaczego?”... Wtedy wyszedł lekarz i powiedział, że mogę wejść do gabinetu... Zobaczyłem zapłakaną Paulinę, która powiedziała mi, że nie będziemy rodzicami... Okazało się, że dziecko nie żyło od 7 tygodnia... Tego dnia Paulina poszła do szpitala... Wiedziałem, że fragment ewangelii dany mi od Boga dotyczył też kilku kolejnych wersetów... i chociaż przeczytałem go w całości w poczekalni w trakcie badania, utkwiły mi w głowie tylko te pierwsze słowa... Gdy wróciłem do domu, zacząłem czytać cały ten fragment: „(...) Wy płakać i narzekać będziecie, a świat się będzie weselił; wy smutni będziecie, ale smutek wasz w radość się zmieni. Kobieta gdy rodzi smuci się, bo nadeszła jej godzina; lecz gdy porodzi dzieciątko, już nie pamięta o udręce gwoli radości, że się człowiek na świat urodził. I wy teraz się smucicie, lecz znów ujrzę was, i będzie się radowało serce wasze, a nikt nie odbierze wam radości waszej. A w owym dniu o nic mnie pytać nie będziecie. Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: O cokolwiek byście prosili Ojca w imieniu moim, da wam. Dotąd o nic nie prosiliście w imieniu moim; proście, a weźmiecie, aby radość wasza była zupełna.” (J 16, 20 – 24) Zrozumiałem wtedy, że to nie był „wyrok”, a obietnica dana nam przez Boga w trudnym czasie! Nie rozumiałem dlaczego dziecko umarło, ale wiedziałem, że Bog chciał mi powiedzieć, że jest ze mną... Podzieliłem się tym wersetem z Pauliną i stał się on dla nas „motorem napędzającym” – nadzieją w której trwaliśmy... Mijały kolejne tygodnie... Nie szukaliśmy juz wspólnoty, modliłem się aby Bóg zaprowadził nas do tej właściwej... Pamiętam jak w pewną sobotę szliśmy do sklepu w centrum miasta i po drodze przechodziliśmy obok Kościoła (rzymsko-katolickiego) i dobiegły nas dźwęki uwielbienia... Pewni, że odbywa się tam spotkanie jakiejś wspólnoty postanowiliśmy wejść... Zwłaszcza, że utwór, który tam grano był bardzo dobrze nam znany... Po wejściu okazało się, że to gra grupa uwielbienia z Kościoła Bożego w Chrystusie, a spotkanie to było jakimś „przeglądem pieśni religijnej”... Pierwsze słowa jakie padły z naszych ust brzmiały: „Nasi grają...” Wtedy zatęskniłem za tą wspólnotą... Jednakże moja duma nie pozwalała na to bym wrócił do tego Kościoła... Wiedziałem jednak, że nie przypadkiem trafiliśmy na to spotkanie... Z każdym kolejnym dniem nasza relacja z Bogiem polepszała się, ale daleko było nam do takiej „prawdziwej relacji”. Z racji tego, że nie uczęszczaliśmy na nabożeństwa do żadnego Kościoła, staraliśmy sie w każdą niedzielę spędzić chwilę przed Bogiem i odtwarzaliśmy nagrane na płycie kazania głoszone przez różnych kaznodziei z całego świata... W pewną niedzielę włączyliśmy nauczanie wygłoszone przez Adama Grzywaczewskiego pt.: „Ogień oczyszczenia”... Była tam m.in. mowa o tym jak Bóg wypala nas ogniem, aby usunąć z nas różne „brudy”... Jedno ze zdań z tego nauczania dotknęło nas szczególnie. Mowiło o tym, że jeśli chcesz wiedzieć jak bardzo jesteś „duchowy”, zapytaj współmałżonka, czy widzi na codzień w tobie Jezusa... W naszym przypadku odpowiedź była niemal oczywista... Po tym nauczaniu Duch Święty poruszył moje serce i skontaktowałem się z Pastorem... Klka dni poźniej spotkaliśmy się, przeprosiłem za pychę i dumę i wróciliśmy do naszego Kościoła... Kilka tygodni później Paulina znów była w ciąży... Wiedzieliśmy, że Bóg zaczął wypełniać swoją obietnicę... Dziękowaliśmy i błogosławiliśmy to dziecko w łonie Pauilny, wierząc, że dobry Bóg ma je w swej opiece... W ostatnich miesiącach ciąży okazało się, że dziecko jest bardzo malutkie i jest to prawdopodobnie spowodowane nadciśnieniem na które w trakcie ciąży cierpiała Paulina... Z tego powodu na miesiąc przed rozwiązaniem trafiła do szpitala... Nie było w nas lęku o zdrowie tego dziecka, wiedzieliśmy, że Bóg nam je obiecał i dotrzyma słowa... Dotrzymał... 15 października 2007 przyszła na świat nasza córeczka – Nadia... I pomimo niskiej wagi urodzeniowej (1,9 kg), była całkiem zdrowa... 5 dni później była juz w domu... Bóg dotrzymał danej nam obietnicy... (Dzięki Ci Panie!) Od tamtej pięknej chwili minęło już trochę czasu... Nadia jest zdrowa i prawidłowo sie rozwija... Przez te wszystkie zdarzenia Pan zmienił bardzo moje życie... Wiem, że jest z nami i każdego dnia pragnie nam błogosławić... I choć zdarzają się w naszym życiu dni lepsze i gorsze, a nasze charaktery nieustannie potrzebują prawdziwie Boskiego „szlifu”, wiemy, że Bóg nas prowadzi... Obecnie prowadzimy biblijną grupę domową w naszym domu i widzimy w niej prawdziwe błogosławieństwo... Mam w końcu swoje miejsce w życiu... Jezus sprawił, że moje życie ma sens!!! Chwała Mu za to!!! Dzięki Ci Panie, że uczyniłes mnie wolnym, pokochałeś i nauczyłeś kochać... Dzięki, że dotknąłeś mojego życia... Amen. Jakub Hardel adres korespondencyjny: skr. poczt. 16, 65-424 Zielona Góra 4 ; e-mail: godkomando@gmail.com
|
|